wtorek, 14 lipca 2009

Gość w dom Bóg w dom...

Hej,
Rower naprawiony! Wszystkie części sprawne, jadę dalej. Jestem już daleko za Shimlą i wkraczam w dolinę Kinnaur :).
Wczorajszy dzień był naprawdę miły. Po nocy w namiocie, niedaleko jakiegoś tartaku udałem się czym prędzej w górę, żeby przekroczyć ostatnią przełęcz przedgórza wielkich Himalajów i ujrzeć wreszcie to, na co tak długo czekałem ... HIMALAJE:)
Zjeżdżałem w głąb niesamowicie pięknej doliny a w tle malował się powoli krajobraz, dosłownie dachu świata :). W takim klimacie minął mi cały dzień.
Raz na jakiś czas zatrzymywałem się by coś zjeść, napić się i pędziłem dalej:). Najlepszy był koniec dnia (niesamowite, wyobraźcie sobie, że dzień jest tu dłuższy o prawie 30 min niż w dolinach, co może świadczyć o wysokości tych gór). Jechałem w blasku zachodzącego słońca, w tle miałem podświetlone przez słońce szczyty gór:). Czułem się jak Tom Cruise na swoim motorze w filmie "Top Gan" :D.

Przed wieczorem dojechałem do jakiejś miejscowości, w której postanowiłem poszukać miejsca na namiot. Pytałem tubylców gdzie mogę zostać ale nikt się nie zainteresował się moim problemem aż wreszcie jakiś starszy pan powiedział, że mnie gdzieś zaprowadzi. Pokornie poszedłem, człowiek wskazał mi miejsce niedaleko jakiegoś obornika. Nie śmierdziało tak strasznie i było płasko wiec podziękowałem, powiedziałem, że zostanę tutaj i zacząłem rozpakowywać graty.
Standardowo po około minucie czułem się jak w teatrze. Ja grałem główna rolę a scena zatytułowana była "stawianie namiotu":D. Publiczność za każdym moim ruchem wymieniała niezrozumiale dla mnie opinie i spostrzeżenia, które kwitowała słowem ACZA:D (to jest zabawne naprawdę muszę się pilnować, żeby nie parsknąć śmiechem: acza, acza, acza hahahahh)

Zaczyna grzmieć, ktoś prosi mnie żebym zrobił sobie przerwę i usiadł wśród zgromadzonych ludzi i coś opowiedział... Siadam więc i każdy na tyle ile potrafi próbuje się ze mną porozumieć:). Rysują, gestykulują i jakoś się dogadujemy. Ja staram się być jak najbardziej zrozumiały, słucham ich nie irytuje się i oni to doceniają, możesz mi wierzyć:).
Rozmowę przerywa nam deszcz, a ja zostaję zaproszony pod dach nowo powstającego budynku, którego właściciel okazuje się bratem tego, który zaproponował mi przerwę w rozstawianiu namiotu. Po chwili orientuję się, że jestem w gronie wielkiej rodziny:) Jej głową jest zawodowy żołnierz na 2 miesięcznej przepustce, bardzo szanowana osoba we wsi... Zaprasza mnie na czaj i proponuje nocleg, po małych wahaniach, zgadzam się.

Powiem tak, że jedną z głównych różnic pomiędzy Polakami a ludźmi, którzy goszczą mnie w Indiach jest to, że my dajemy innym z puli tego, co mamy i możemy dać, a oni dają wszystko dosłownie wszystko, co mają temu, który u nich przebywa a przecież nawet go nie znają :).

To niesamowite, jaka jest reakcja i miny ludzi kiedy przejeżdżam przez jakąś wioskę... Czuję się jak jakiś ufoludek albo gwiazda muzyczna, sam nie wiem, coś w ten deseń:)

Wracając do noclegu, dostałem osobny pokój z telewizorem. W łazience była specjalnie dla mnie ciepła woda. Żona tego żołnierza ubiła jedną z trzech kur, jakie w ogóle miała rodzina (w rozmowie z głową rodziny wyszło, że mają jedną krowę i trzy kury, z czego jedna z tych trzech, leży właśnie na moim talerzu). Do dyspozycji miałem co chciałem: jabłka, tutejszą dumę - limonki, za oknem banany :).
Po kolacji z pobliskiego sklepu przyjaciela rodziny, przyniesiono specjalnie dla mnie jedno piwo i ćwiartkę jabłkowego bimbru (tutejszy specjał - "Himlach apple liquor" jakoś tak), którą spożyłem w cztery oczy przed snem z głową rodziny.

Czułem się nieco zakłopotany, bo to było po prostu za dużo jak dla mnie. Spanie, jedzenie, alkohol, a rodzina biedna jak sam nie wiem co. Próbowałem jakoś tłumaczyć, że wystarczy, że dziękuję, że nie trzeba... Na koniec otrzymałem skromną odpowiedź:

My jesteśmy biednymi i prostymi ludźmi, nie jesteśmy dobrze wykształceni, mamy proste serca ale to wielka duma i przyjemność dla nas gościć ciebie. Dzięki temu Bóg nam błogosławi... sir :)

Pozdrawiam wszystkich do odp :*

poniedziałek, 13 lipca 2009

Szalony autobus

Hej,
Jestem w Shimli, właśnie dojechałem i na dzień dobry zamiast napisu "Welcome to Shimla" zobaczyłem wizytówkę jakiegoś naganiacza z nazwą hotelu, która bardzo mnie poirytowała. Zajęło mi godzinę, zanim się od niego uwolniłem:/

Jutro a w zasadzie jeszcze dziś uciekam z tego miasta. Denerwuje mnie. W górach będzie lepiej.
Paliwo zakupione na zapas, jedzenie także, mam tylko jest problem z oponami i korbą (to, to gdzie są pedały). Dlaczego? Już mówię.

Wczoraj okazało się po drodze, że nie mogę dalej kontynuować trasy rowerem bo budują drogę i wysadzają plastikiem zbocza. To, co spada sypie się na samochody a mnie mogłoby ... no.
Więc trochę poirytowany, siadłem i przekalkulowałem koszt noclegu w jakiejś zapyziałej wiosce i autobusu itd. Postanowiłem, że zaplanowany na dziś, dzień przerwy spędzę w autobusie żeby nie marnować czasu.
O 4 rano wyruszam (tu nie ma świateł na ulicach, ciemno jak w dupie). Gdzieś w Himalajach wychodzę z pokoju hotelowego i co: KRATA, zamknięte a otwierają o 7 rano. Już myślę, że wybuchnę ale spoko, tutejsze kłódki mają tak skomplikowany zamek, jak ten od barku w komunistycznych meblach:) Poradziłem sobie jakimś wytrychem.
Jestem na ulicy, skręcam w prawo, sam nie wiem gdzie jest asfalt ale jest ok... Widzę autobus pukam w okienko, pytam czy jedzie do Shimli? Wszystko ok, mówię, że potrzebuje chwilę czasu na zapakowanie roweru na dach. Odpowiedź pada nad wyraz żywiołowa:

YES, YES!!! OK, OK, OK!!!

No to targam rower na dach i co???!!! Kierowca rusza! Uderzam głową w jakiś kabel :///??? Wciągam rower, prześlizguje się do przodu, walę ręką w dach, człowiek zatrzymuje autobus. Drę się a on znowu:

OK OK OK!!!

Wciągam sakwy, pojawia się jakiś pomocnik. Już mnie mdli ale po sekundzie okazuje się, że to tak jakby konduktor (zawsze jeżdżą we dwójkę: kierowca i człowiek od biletów, otwierania drzwi i gwizdania na przystankach) pomaga mi zamocować rower. Udaje się. Wstaję, chcę zejść z dachu a kierowca znowu rusza!?!?! :/// Krzyczę więc do tego konduktora, żeby na mnie poczekali parę minut bo gdzieś tam w ciemnicy zostały moje graty!!!! Odchodzę trzy kroki a koleś i tak odjeżdża. Rzucam wszystko i lecę z nożami, karabinami, szubienicami, krzesłami elektrycznymi w głowie, myślę-koniec z nim jak go złapię:///
Na to wszystko najzwyczajniej w świecie zatrzymuje mnie konduktor i mówi:

On pojechał tylko zawrócić, niech się pan nie denerwuje...

Nie dowierzając, tłumaczę mu, że "to" na dachu to, wszystko co mam itd. Konduktor potakuje i po jakiejś minucie widzę światła autobusu... uffff.
Włażę na dach, sprawdzam czy wszystko jest, konduktor coś poprawia ale ja już umęczony całym zajściem nie sprawdzam co robi... A niech tam!:)
Po przyjeździe do Shimli dopiero się okazało, że spryciarz wcisnął mi koła roweru miedzy jakaś kratę, która całkowicie obtarła boki opony. No cóż... teraz i tak nic nie wskóram. Najważniejsze, że rower jest cały a kasa się należy i już:/ Nie ma rozmowy. Więc ściągam mój rower a on znowu rusza... No nie!!! Zaraz zwariuję!!! Korba uderza o kratę tylnej szyby, krzywi się największa zębatka (tylko największa jest aluminiowa i miękka, pozostałe dwie bardziej potrzebne, są całe).

No nic, taki urok podróży autobusem z kierowcą, który nie wie, co wiezie na dachu i jest mu to kompletnie obojętne. Nie rozumie, że sprzęt nie jest niezniszczalny, a forsę trzeba zapłacić.

Idę gdzieś szukać jakiegoś warsztatu albo miejsca gdzie mogę pobawić sie rowerem i troche go podreperować. Z dala od tej hinduskiej miejskiej szarańczy:/ Czym prędzej uciekam w góry. Tym razem już te największe.

Jeśli ktoś czekał na odpowiedni momet by zacisnąć kciuki, to właśnie nadszedł.

TRZYMAJCIE!!!

Pierwsza przełęcz to 4200m n.p.m.
Pozdrawiam wszystkch papapapappa


Ps.
Jestem cały i zdrowy, dobrze się czuję i nic mi nie jest :) :*

sobota, 11 lipca 2009

O pewnej rozmowie bez słów

Wracam z Gangotri i obieram kurs na Shimle. Nie mogę się już doczekać aż tam dojadę:D
To, co mnie spotkało w ostatnich dniach to … nawet nie wiem jak to opisać. Ale uwaga...

Będąc w Gangotri, najświętszym miejscu dla Hindusów, miejscowości położonej niedaleko źródla Gangi, postanowiłem (skoro już tu jestem hmmm...czysty snobizm) wybrać się na trekking, by zakosztować wysokości. Miasto mnie trochę zmęczyło i zdenerwowało. Wszędzie tylko pełno kolesi krzyczących: Room sir! Room sir! No myślałem, że zwariuje, wiec zaraz następnego dnia uciekłem w góry.
Trekking okazał się świetnym rozwiązaniem. To było niesamowite doznanie wizualne a zwłaszcza DUCHOWE. Razem ze Szkotem i Włoszką, których poznałem po drodze do tak zwanego Gomuka (miejsca, czoła lodowca, z którego wypływa Ganga) po 18 godzinach dotarłem na tzw. Tapovan (miejsce bardziej święte niż samo źródło czyli Gomuk). Zrobiłem mały rekonesans, przyglądałem się niesamowitym 6-tysięcznym szczytom. No bajka... nie ma co mówić... Pod koniec dnia udało mi się osiągnąć pole firnowe (początek lodowca) pod Sziwlingiem około 4800m n.p.m.

Na noc postanowiłem zatrzymać się w jednej z chat pod szczytem. Nagle nie wiadomo skąd zawołał mnie ktoś gwizdem… tylko gwizdem. Wymachiwał rękami i nic się nie odzywał… Zrozumiałem, że zaprasza na czaj. Wszedłem do chaty i nagle olśniło mnie. Kiedyś czytałem o tym, to człowiek-niemowa, który wyrzekł się życia w cywilizowanym świecie, by w górach, w kompletnej ciszy (trzeba być głuchym, żeby nie słyszeć bicia własnego serca) samotnie medytować, nie mówiąc nic a nic… Ten około 25 letni człowiek nie mówi od 10 lat bo tak postanowił. Pewnie myślisz, że to szaleństwo, głupota, bo co mu to daje??? Też tak pomyślałem.
Ale siadłem razem z nim i piłem czaj. Czaj jak czaj (herbata z mlekiem) pycha ale sytuacja trochę, że tak powiem niezręczna, no bo co powiem, on macha rękami i gwiżdże…
Mija 15 min i czuję, że nic z tego spotkania nie wyjdzie. Chciałem wyjść a on na to przemówił do mnie językiem migowym, który trafił do mnie szybciej niż krystalicznie czysty polski… Zostałem.

Powiedział (machał i gwizdał), że widzi, że czuję się niezręcznie i pyta dlaczego? Odpowiadam po angielsku najlepiej jak potrafię a on nic… zaczynam gestykulować, on nic...
Hmmm pomyślałem, że się trochę już na mnie zdenerwował. W końcu odpuszczam. Kładę swoją prawą rękę na czole i kręcę głową ze smutna mina... Na co on podchodzi do mnie, przytula mnie i gestem rąk pokazuje na moje serce i na głowę … Jestem pozamiatany. Od razu poczułem się lepiej… Zaczęliśmy "rozmawiać". Sam nie wiem czy nudne to było czy senne, głupie czy mądre. Ja macham i on macha, on gwiżdże, ja hmmm kurna co ja tu robię???
W miedzy czasie pojawił się ktoś inny. Wchodzi kolo i krzyczy: huraaaaaaaaa!!! Tylko że w hindi, to brzmi abuuuuuuuuu... Ale nie do końca okazuje się być joginem. Znają się razem z moim niemową i zaczynają mi tłumaczyć co tu się dzieje. Powoli zaczynam rozumieć piate przez dziesiąte, że to miejsce to nie schronisko, ani żadna swiątynia. To, że się tu znalazłem to nie moja wolna tylko bóg mnie tu zesłał. Niemowa gwiżdżąc, wznósł ręce do góry, składając je jak do modlitwy i dotykając czoła wskazywał na mnie.
W końcu Hindus (ten drugi) przemówił do mnie po angielsku. Aż mnie zatkało. Zdecydował się coś powiedzieć bo zorientował się, że mało rozumiem z tego, co tu się dzieje. Wcześniej się wstydził. Ja tylko potaknąłem.
Jogin powiedział, że pojawiłem się tu, bo tak miało być, bo jedno z moich 10 ciał tego bardzo chciało (joga opisuje człowieka jako zlepek 10 ciał, skomplikowane ale polecam lekture).
To jedno ciało, to te nad którym nie mamy kontroli. To ono jest naszym prawdziwym JA
Opowiada dalej:

Przyszedłeś tu i jesteś tu bo to ciało nie może dojść do głosu, jest blokowane przez twoja głowę. Ty jesteś tu (wskazał na serce) ale to masz brudne (wskazał na głowę).

Kazał mi wyjść i zamknął drzwi. Koniec... miałem mętlik w głowie. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Zapadł zmrok, czułem się ok ale z drugiej strony chciałem się przespać, a do tego jeszcze byłem głodny, a jak głodny to i zły. CO TU SIĘ DZIEJE???!!!
Zakłopotany usiadłem na ziemi i zamknąłem oczy. Jedyna znana mi medytacja to tzw. zapuszczanie korzeni. Chciałem wyciszyć wojnę w swojej głowie i wsłuchałem się w trzaski lodowca, w wiatr, w szum wody, w głos serca. Głębiej i głębiej...

Z letargu obudził mnie niemowa a stojący za nim jogin zapytał mnie czy teraz czuje się człowiekiem?
Zamęt w głowie uspokoił się, zostało tylko skupienie porównywalne jedynie do doświadczenia wspinaczkowego.
Odpowiedziałem, że Tak kiwając głową…

Nie ma co opowiadać dalej. To, co wydarzyło się później można podsumować słowami:
Alleluja, Alleluja, Alleluja!!!

Jazda rowerem teraz to już nie to samo. Nie ma wysiłku, nie ma nerwów. Jestem jakiś taki bardziej szczęśliwy. Samo pedałowanie to jakby joga, a czas spędzony na rowerze to swoista medytacja. Czuję się lekki jak ptak. Jak po warsztatach u Olgi jestem gotów na Ladakh:D

Pozdrawiam wszystkich :*
Pewnie trochę zamotałem ale mam nadzieje, że mnie zrozumiesz.