Hej,
Rower naprawiony! Wszystkie części sprawne, jadę dalej. Jestem już daleko za Shimlą i wkraczam w dolinę Kinnaur :).
Wczorajszy dzień był naprawdę miły. Po nocy w namiocie, niedaleko jakiegoś tartaku udałem się czym prędzej w górę, żeby przekroczyć ostatnią przełęcz przedgórza wielkich Himalajów i ujrzeć wreszcie to, na co tak długo czekałem ... HIMALAJE:)
Zjeżdżałem w głąb niesamowicie pięknej doliny a w tle malował się powoli krajobraz, dosłownie dachu świata :). W takim klimacie minął mi cały dzień.
Raz na jakiś czas zatrzymywałem się by coś zjeść, napić się i pędziłem dalej:). Najlepszy był koniec dnia (niesamowite, wyobraźcie sobie, że dzień jest tu dłuższy o prawie 30 min niż w dolinach, co może świadczyć o wysokości tych gór). Jechałem w blasku zachodzącego słońca, w tle miałem podświetlone przez słońce szczyty gór:). Czułem się jak Tom Cruise na swoim motorze w filmie "Top Gan" :D.
Przed wieczorem dojechałem do jakiejś miejscowości, w której postanowiłem poszukać miejsca na namiot. Pytałem tubylców gdzie mogę zostać ale nikt się nie zainteresował się moim problemem aż wreszcie jakiś starszy pan powiedział, że mnie gdzieś zaprowadzi. Pokornie poszedłem, człowiek wskazał mi miejsce niedaleko jakiegoś obornika. Nie śmierdziało tak strasznie i było płasko wiec podziękowałem, powiedziałem, że zostanę tutaj i zacząłem rozpakowywać graty.
Standardowo po około minucie czułem się jak w teatrze. Ja grałem główna rolę a scena zatytułowana była "stawianie namiotu":D. Publiczność za każdym moim ruchem wymieniała niezrozumiale dla mnie opinie i spostrzeżenia, które kwitowała słowem ACZA:D (to jest zabawne naprawdę muszę się pilnować, żeby nie parsknąć śmiechem: acza, acza, acza hahahahh)
Zaczyna grzmieć, ktoś prosi mnie żebym zrobił sobie przerwę i usiadł wśród zgromadzonych ludzi i coś opowiedział... Siadam więc i każdy na tyle ile potrafi próbuje się ze mną porozumieć:). Rysują, gestykulują i jakoś się dogadujemy. Ja staram się być jak najbardziej zrozumiały, słucham ich nie irytuje się i oni to doceniają, możesz mi wierzyć:).
Rozmowę przerywa nam deszcz, a ja zostaję zaproszony pod dach nowo powstającego budynku, którego właściciel okazuje się bratem tego, który zaproponował mi przerwę w rozstawianiu namiotu. Po chwili orientuję się, że jestem w gronie wielkiej rodziny:) Jej głową jest zawodowy żołnierz na 2 miesięcznej przepustce, bardzo szanowana osoba we wsi... Zaprasza mnie na czaj i proponuje nocleg, po małych wahaniach, zgadzam się.
Powiem tak, że jedną z głównych różnic pomiędzy Polakami a ludźmi, którzy goszczą mnie w Indiach jest to, że my dajemy innym z puli tego, co mamy i możemy dać, a oni dają wszystko dosłownie wszystko, co mają temu, który u nich przebywa a przecież nawet go nie znają :).
To niesamowite, jaka jest reakcja i miny ludzi kiedy przejeżdżam przez jakąś wioskę... Czuję się jak jakiś ufoludek albo gwiazda muzyczna, sam nie wiem, coś w ten deseń:)
Wracając do noclegu, dostałem osobny pokój z telewizorem. W łazience była specjalnie dla mnie ciepła woda. Żona tego żołnierza ubiła jedną z trzech kur, jakie w ogóle miała rodzina (w rozmowie z głową rodziny wyszło, że mają jedną krowę i trzy kury, z czego jedna z tych trzech, leży właśnie na moim talerzu). Do dyspozycji miałem co chciałem: jabłka, tutejszą dumę - limonki, za oknem banany :).
Po kolacji z pobliskiego sklepu przyjaciela rodziny, przyniesiono specjalnie dla mnie jedno piwo i ćwiartkę jabłkowego bimbru (tutejszy specjał - "Himlach apple liquor" jakoś tak), którą spożyłem w cztery oczy przed snem z głową rodziny.
Czułem się nieco zakłopotany, bo to było po prostu za dużo jak dla mnie. Spanie, jedzenie, alkohol, a rodzina biedna jak sam nie wiem co. Próbowałem jakoś tłumaczyć, że wystarczy, że dziękuję, że nie trzeba... Na koniec otrzymałem skromną odpowiedź:
My jesteśmy biednymi i prostymi ludźmi, nie jesteśmy dobrze wykształceni, mamy proste serca ale to wielka duma i przyjemność dla nas gościć ciebie. Dzięki temu Bóg nam błogosławi... sir :)
Pozdrawiam wszystkich do odp :*
Rower naprawiony! Wszystkie części sprawne, jadę dalej. Jestem już daleko za Shimlą i wkraczam w dolinę Kinnaur :).
Wczorajszy dzień był naprawdę miły. Po nocy w namiocie, niedaleko jakiegoś tartaku udałem się czym prędzej w górę, żeby przekroczyć ostatnią przełęcz przedgórza wielkich Himalajów i ujrzeć wreszcie to, na co tak długo czekałem ... HIMALAJE:)
Zjeżdżałem w głąb niesamowicie pięknej doliny a w tle malował się powoli krajobraz, dosłownie dachu świata :). W takim klimacie minął mi cały dzień.
Raz na jakiś czas zatrzymywałem się by coś zjeść, napić się i pędziłem dalej:). Najlepszy był koniec dnia (niesamowite, wyobraźcie sobie, że dzień jest tu dłuższy o prawie 30 min niż w dolinach, co może świadczyć o wysokości tych gór). Jechałem w blasku zachodzącego słońca, w tle miałem podświetlone przez słońce szczyty gór:). Czułem się jak Tom Cruise na swoim motorze w filmie "Top Gan" :D.
Przed wieczorem dojechałem do jakiejś miejscowości, w której postanowiłem poszukać miejsca na namiot. Pytałem tubylców gdzie mogę zostać ale nikt się nie zainteresował się moim problemem aż wreszcie jakiś starszy pan powiedział, że mnie gdzieś zaprowadzi. Pokornie poszedłem, człowiek wskazał mi miejsce niedaleko jakiegoś obornika. Nie śmierdziało tak strasznie i było płasko wiec podziękowałem, powiedziałem, że zostanę tutaj i zacząłem rozpakowywać graty.
Standardowo po około minucie czułem się jak w teatrze. Ja grałem główna rolę a scena zatytułowana była "stawianie namiotu":D. Publiczność za każdym moim ruchem wymieniała niezrozumiale dla mnie opinie i spostrzeżenia, które kwitowała słowem ACZA:D (to jest zabawne naprawdę muszę się pilnować, żeby nie parsknąć śmiechem: acza, acza, acza hahahahh)
Zaczyna grzmieć, ktoś prosi mnie żebym zrobił sobie przerwę i usiadł wśród zgromadzonych ludzi i coś opowiedział... Siadam więc i każdy na tyle ile potrafi próbuje się ze mną porozumieć:). Rysują, gestykulują i jakoś się dogadujemy. Ja staram się być jak najbardziej zrozumiały, słucham ich nie irytuje się i oni to doceniają, możesz mi wierzyć:).
Rozmowę przerywa nam deszcz, a ja zostaję zaproszony pod dach nowo powstającego budynku, którego właściciel okazuje się bratem tego, który zaproponował mi przerwę w rozstawianiu namiotu. Po chwili orientuję się, że jestem w gronie wielkiej rodziny:) Jej głową jest zawodowy żołnierz na 2 miesięcznej przepustce, bardzo szanowana osoba we wsi... Zaprasza mnie na czaj i proponuje nocleg, po małych wahaniach, zgadzam się.
Powiem tak, że jedną z głównych różnic pomiędzy Polakami a ludźmi, którzy goszczą mnie w Indiach jest to, że my dajemy innym z puli tego, co mamy i możemy dać, a oni dają wszystko dosłownie wszystko, co mają temu, który u nich przebywa a przecież nawet go nie znają :).
To niesamowite, jaka jest reakcja i miny ludzi kiedy przejeżdżam przez jakąś wioskę... Czuję się jak jakiś ufoludek albo gwiazda muzyczna, sam nie wiem, coś w ten deseń:)
Wracając do noclegu, dostałem osobny pokój z telewizorem. W łazience była specjalnie dla mnie ciepła woda. Żona tego żołnierza ubiła jedną z trzech kur, jakie w ogóle miała rodzina (w rozmowie z głową rodziny wyszło, że mają jedną krowę i trzy kury, z czego jedna z tych trzech, leży właśnie na moim talerzu). Do dyspozycji miałem co chciałem: jabłka, tutejszą dumę - limonki, za oknem banany :).
Po kolacji z pobliskiego sklepu przyjaciela rodziny, przyniesiono specjalnie dla mnie jedno piwo i ćwiartkę jabłkowego bimbru (tutejszy specjał - "Himlach apple liquor" jakoś tak), którą spożyłem w cztery oczy przed snem z głową rodziny.
Czułem się nieco zakłopotany, bo to było po prostu za dużo jak dla mnie. Spanie, jedzenie, alkohol, a rodzina biedna jak sam nie wiem co. Próbowałem jakoś tłumaczyć, że wystarczy, że dziękuję, że nie trzeba... Na koniec otrzymałem skromną odpowiedź:
My jesteśmy biednymi i prostymi ludźmi, nie jesteśmy dobrze wykształceni, mamy proste serca ale to wielka duma i przyjemność dla nas gościć ciebie. Dzięki temu Bóg nam błogosławi... sir :)
Pozdrawiam wszystkich do odp :*