sobota, 11 lipca 2009

O pewnej rozmowie bez słów

Wracam z Gangotri i obieram kurs na Shimle. Nie mogę się już doczekać aż tam dojadę:D
To, co mnie spotkało w ostatnich dniach to … nawet nie wiem jak to opisać. Ale uwaga...

Będąc w Gangotri, najświętszym miejscu dla Hindusów, miejscowości położonej niedaleko źródla Gangi, postanowiłem (skoro już tu jestem hmmm...czysty snobizm) wybrać się na trekking, by zakosztować wysokości. Miasto mnie trochę zmęczyło i zdenerwowało. Wszędzie tylko pełno kolesi krzyczących: Room sir! Room sir! No myślałem, że zwariuje, wiec zaraz następnego dnia uciekłem w góry.
Trekking okazał się świetnym rozwiązaniem. To było niesamowite doznanie wizualne a zwłaszcza DUCHOWE. Razem ze Szkotem i Włoszką, których poznałem po drodze do tak zwanego Gomuka (miejsca, czoła lodowca, z którego wypływa Ganga) po 18 godzinach dotarłem na tzw. Tapovan (miejsce bardziej święte niż samo źródło czyli Gomuk). Zrobiłem mały rekonesans, przyglądałem się niesamowitym 6-tysięcznym szczytom. No bajka... nie ma co mówić... Pod koniec dnia udało mi się osiągnąć pole firnowe (początek lodowca) pod Sziwlingiem około 4800m n.p.m.

Na noc postanowiłem zatrzymać się w jednej z chat pod szczytem. Nagle nie wiadomo skąd zawołał mnie ktoś gwizdem… tylko gwizdem. Wymachiwał rękami i nic się nie odzywał… Zrozumiałem, że zaprasza na czaj. Wszedłem do chaty i nagle olśniło mnie. Kiedyś czytałem o tym, to człowiek-niemowa, który wyrzekł się życia w cywilizowanym świecie, by w górach, w kompletnej ciszy (trzeba być głuchym, żeby nie słyszeć bicia własnego serca) samotnie medytować, nie mówiąc nic a nic… Ten około 25 letni człowiek nie mówi od 10 lat bo tak postanowił. Pewnie myślisz, że to szaleństwo, głupota, bo co mu to daje??? Też tak pomyślałem.
Ale siadłem razem z nim i piłem czaj. Czaj jak czaj (herbata z mlekiem) pycha ale sytuacja trochę, że tak powiem niezręczna, no bo co powiem, on macha rękami i gwiżdże…
Mija 15 min i czuję, że nic z tego spotkania nie wyjdzie. Chciałem wyjść a on na to przemówił do mnie językiem migowym, który trafił do mnie szybciej niż krystalicznie czysty polski… Zostałem.

Powiedział (machał i gwizdał), że widzi, że czuję się niezręcznie i pyta dlaczego? Odpowiadam po angielsku najlepiej jak potrafię a on nic… zaczynam gestykulować, on nic...
Hmmm pomyślałem, że się trochę już na mnie zdenerwował. W końcu odpuszczam. Kładę swoją prawą rękę na czole i kręcę głową ze smutna mina... Na co on podchodzi do mnie, przytula mnie i gestem rąk pokazuje na moje serce i na głowę … Jestem pozamiatany. Od razu poczułem się lepiej… Zaczęliśmy "rozmawiać". Sam nie wiem czy nudne to było czy senne, głupie czy mądre. Ja macham i on macha, on gwiżdże, ja hmmm kurna co ja tu robię???
W miedzy czasie pojawił się ktoś inny. Wchodzi kolo i krzyczy: huraaaaaaaaa!!! Tylko że w hindi, to brzmi abuuuuuuuuu... Ale nie do końca okazuje się być joginem. Znają się razem z moim niemową i zaczynają mi tłumaczyć co tu się dzieje. Powoli zaczynam rozumieć piate przez dziesiąte, że to miejsce to nie schronisko, ani żadna swiątynia. To, że się tu znalazłem to nie moja wolna tylko bóg mnie tu zesłał. Niemowa gwiżdżąc, wznósł ręce do góry, składając je jak do modlitwy i dotykając czoła wskazywał na mnie.
W końcu Hindus (ten drugi) przemówił do mnie po angielsku. Aż mnie zatkało. Zdecydował się coś powiedzieć bo zorientował się, że mało rozumiem z tego, co tu się dzieje. Wcześniej się wstydził. Ja tylko potaknąłem.
Jogin powiedział, że pojawiłem się tu, bo tak miało być, bo jedno z moich 10 ciał tego bardzo chciało (joga opisuje człowieka jako zlepek 10 ciał, skomplikowane ale polecam lekture).
To jedno ciało, to te nad którym nie mamy kontroli. To ono jest naszym prawdziwym JA
Opowiada dalej:

Przyszedłeś tu i jesteś tu bo to ciało nie może dojść do głosu, jest blokowane przez twoja głowę. Ty jesteś tu (wskazał na serce) ale to masz brudne (wskazał na głowę).

Kazał mi wyjść i zamknął drzwi. Koniec... miałem mętlik w głowie. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Zapadł zmrok, czułem się ok ale z drugiej strony chciałem się przespać, a do tego jeszcze byłem głodny, a jak głodny to i zły. CO TU SIĘ DZIEJE???!!!
Zakłopotany usiadłem na ziemi i zamknąłem oczy. Jedyna znana mi medytacja to tzw. zapuszczanie korzeni. Chciałem wyciszyć wojnę w swojej głowie i wsłuchałem się w trzaski lodowca, w wiatr, w szum wody, w głos serca. Głębiej i głębiej...

Z letargu obudził mnie niemowa a stojący za nim jogin zapytał mnie czy teraz czuje się człowiekiem?
Zamęt w głowie uspokoił się, zostało tylko skupienie porównywalne jedynie do doświadczenia wspinaczkowego.
Odpowiedziałem, że Tak kiwając głową…

Nie ma co opowiadać dalej. To, co wydarzyło się później można podsumować słowami:
Alleluja, Alleluja, Alleluja!!!

Jazda rowerem teraz to już nie to samo. Nie ma wysiłku, nie ma nerwów. Jestem jakiś taki bardziej szczęśliwy. Samo pedałowanie to jakby joga, a czas spędzony na rowerze to swoista medytacja. Czuję się lekki jak ptak. Jak po warsztatach u Olgi jestem gotów na Ladakh:D

Pozdrawiam wszystkich :*
Pewnie trochę zamotałem ale mam nadzieje, że mnie zrozumiesz.

1 komentarz:

  1. Dla wyjaśnienia dodam, że jakiś czas temu wyciągnęłam Wojtka na warsztaty Olgii Szwajgier. To niesamowita kobieta, która uczy śpiewu w sposób medytacyjny. Uświadamia, że każdy może być zdrowszy jeśli pozwoli sobie śpiewać choć jeden dźwięk. Twierdzi, że częstotliwości dźwięków rozbijają komórki rakowe, co potwierdzają naukowcy. Wojtek choć nie wiąże swej przyszłości z karierą wokalisty był zachwycony tymi zajęciami, które sprawiły, że wszyscy poczuliśmy się bardziej radośni i wolni od stresu codziennej gonitwy, oceniania itd. Trzymam kciuki wciąż!!! Uściski dla Ciebie!!! Zachęcam wszystkich do komentowania...

    OdpowiedzUsuń