wtorek, 11 sierpnia 2009

Złap (brata) gołębia!!!

Hej!


Już od dawna chciałem napisać. Aż w końcu nadarzyła się okazja.

BO!!!!!!! Jednak czasem zdarzy się coś, co przewidzą moi rodzice. WYPADKI chodzą po ludziach:/. No nic, zacznijmy od początku :D.


Cała historia trochę mnie śmieszy, bo choć trochę się poobijałem, rozwaliłem kask i takie tam, to nigdy w życiu nie spodziewałbym się, że ten wypadek spowoduje gołąb :D.
Jazda tu to duży wysiłek, nie ma co gadać, że wysoko... to wiadomo ale skąd do jasnej cholery gołąb na 4000 m n p m ???


Jadę sobie pewnego razu, nie liczę dni, czasu, więc gdzieś 2 dni temu po długim podjeździe wreszcie upragniony zjazd :). Łyk wody... batonik... i jedziemy 30km /godz., 50km/godz.,

i nagle podnoszę głowę i widzę piłkę.... (w myślach ???????????? Warto było ale co tu robi ta piłka ?????????) Poważnie, nie wiedziałem jak zareagować. Zrobiłem unik i upadam...chwila... czarno przed oczami... Leżę na drodze, roweru nie ma pode mną:/. Wstaję, zaglądam w dół pobliskiej przepaści za moim bicyklem, nic nie widzę. Nagle odwracam się za siebie, rower stoi zahaczony o jakieś druty:/ (jak budują tu drogę wkładają kamienie do takich siatek, nic to nie daje ale jak sie przekonałem, dobrze łapie rowery :D).

Już uśmiechnięty mimo tego, że rower do remontu, dętki przebite, opony ... no w miarę, da sie jechać :). Ściągam kask i widzę krew... uuuuuuuuu, myślę - nie dobrze. Macam łepetynę - cała ??????????? Nawet nie draśnięta. Co jest??

A tu, tuż obok roweru, indyjski gołąbek wysokościowy ze złamanym skrzydłem:) Ale jaja!


Naprawiłem rower na tyle żeby dało sie gdzieś dojechać i zabrałem to biedactwo... Niedaleko Ki Gompy ( największa świątynia w Dolinie Spiti ) zatrzymałem się na coś do jedzenia i widząc młodego Lamę (buddyjski święty powiedzmy) mówię, że mam gołębia ze sobą, który spowodował wypadek ale będzie żył:)


(Buddyści bardzo szanują każdy przejaw życia, wierzą, że np. taki gołąb był w przeszłości ich bratem. To myślenie to konsekwencja wiary w reinkarnacje.)


Reakcja była piorunująca. Dostałem jeść i pić (rum, coca colę, pokoik, co prawda z moim poturbowanym gołębiem, który nieco pobrudził łóżeczko:) no ale zawsze to dach nad głową a nie namiot:) ) Ugościli mnie jak mogli, najlepiej a musisz wiedzieć, że tu ludzie nie maja za dużo. Wszystko grzecznie przyjąłem.


Następnego dnia zjadłem jajecznice, zapiłem czajem i ruszyłem dalej. Przed przełęczą Kunzum dopadają mnie jakieś haluny....ojjjjj ( to nie reakcja na wysokość, to już wiedziałem). Docieram do najbliższej wioski i padam w jakimś wynajętym pokoiku, zwijam się, po czym myślę, że se rzygnę to będzie mi lepiej i.... tak zeszło 5 godz. wraz z biegunka:/ Okazało się, że jajeczniczka była nieświeża i się razem z rumem na wysokości nie strawiła (tego wojciech nie doczytał ). Mało tego, dętki były w rozsypce, koła podobnie, wiec totalna kicha :/.


Czas na remont roweru, leczenie, planowany odpoczynek itp. poświeciłem na przejazd stopem ( ciężarówka - serce i nery na ramieniu bo dusza już zemdlała, zdecydowanie bezpieczniej czuje się na rowerze) do Manali (60km 10godz :\) po części do roweru: dętki itp.

I taka to historia wypadku, gołębia i mojej wizyty w... powiedzmy cywilizacji:).


Pozdrawiam Ciebie i wszystkich bez wyjątku. Czuję się już dobrze, gołębia zostawiłem u Lamy :). Wszystko gra :)
Jutro wracam do Gramphoo, gdzie zostawiłem graty. Pewnie jakimś stopem bo nic tam nie jedzie:)

Będzie dobrze!

wtorek, 14 lipca 2009

Gość w dom Bóg w dom...

Hej,
Rower naprawiony! Wszystkie części sprawne, jadę dalej. Jestem już daleko za Shimlą i wkraczam w dolinę Kinnaur :).
Wczorajszy dzień był naprawdę miły. Po nocy w namiocie, niedaleko jakiegoś tartaku udałem się czym prędzej w górę, żeby przekroczyć ostatnią przełęcz przedgórza wielkich Himalajów i ujrzeć wreszcie to, na co tak długo czekałem ... HIMALAJE:)
Zjeżdżałem w głąb niesamowicie pięknej doliny a w tle malował się powoli krajobraz, dosłownie dachu świata :). W takim klimacie minął mi cały dzień.
Raz na jakiś czas zatrzymywałem się by coś zjeść, napić się i pędziłem dalej:). Najlepszy był koniec dnia (niesamowite, wyobraźcie sobie, że dzień jest tu dłuższy o prawie 30 min niż w dolinach, co może świadczyć o wysokości tych gór). Jechałem w blasku zachodzącego słońca, w tle miałem podświetlone przez słońce szczyty gór:). Czułem się jak Tom Cruise na swoim motorze w filmie "Top Gan" :D.

Przed wieczorem dojechałem do jakiejś miejscowości, w której postanowiłem poszukać miejsca na namiot. Pytałem tubylców gdzie mogę zostać ale nikt się nie zainteresował się moim problemem aż wreszcie jakiś starszy pan powiedział, że mnie gdzieś zaprowadzi. Pokornie poszedłem, człowiek wskazał mi miejsce niedaleko jakiegoś obornika. Nie śmierdziało tak strasznie i było płasko wiec podziękowałem, powiedziałem, że zostanę tutaj i zacząłem rozpakowywać graty.
Standardowo po około minucie czułem się jak w teatrze. Ja grałem główna rolę a scena zatytułowana była "stawianie namiotu":D. Publiczność za każdym moim ruchem wymieniała niezrozumiale dla mnie opinie i spostrzeżenia, które kwitowała słowem ACZA:D (to jest zabawne naprawdę muszę się pilnować, żeby nie parsknąć śmiechem: acza, acza, acza hahahahh)

Zaczyna grzmieć, ktoś prosi mnie żebym zrobił sobie przerwę i usiadł wśród zgromadzonych ludzi i coś opowiedział... Siadam więc i każdy na tyle ile potrafi próbuje się ze mną porozumieć:). Rysują, gestykulują i jakoś się dogadujemy. Ja staram się być jak najbardziej zrozumiały, słucham ich nie irytuje się i oni to doceniają, możesz mi wierzyć:).
Rozmowę przerywa nam deszcz, a ja zostaję zaproszony pod dach nowo powstającego budynku, którego właściciel okazuje się bratem tego, który zaproponował mi przerwę w rozstawianiu namiotu. Po chwili orientuję się, że jestem w gronie wielkiej rodziny:) Jej głową jest zawodowy żołnierz na 2 miesięcznej przepustce, bardzo szanowana osoba we wsi... Zaprasza mnie na czaj i proponuje nocleg, po małych wahaniach, zgadzam się.

Powiem tak, że jedną z głównych różnic pomiędzy Polakami a ludźmi, którzy goszczą mnie w Indiach jest to, że my dajemy innym z puli tego, co mamy i możemy dać, a oni dają wszystko dosłownie wszystko, co mają temu, który u nich przebywa a przecież nawet go nie znają :).

To niesamowite, jaka jest reakcja i miny ludzi kiedy przejeżdżam przez jakąś wioskę... Czuję się jak jakiś ufoludek albo gwiazda muzyczna, sam nie wiem, coś w ten deseń:)

Wracając do noclegu, dostałem osobny pokój z telewizorem. W łazience była specjalnie dla mnie ciepła woda. Żona tego żołnierza ubiła jedną z trzech kur, jakie w ogóle miała rodzina (w rozmowie z głową rodziny wyszło, że mają jedną krowę i trzy kury, z czego jedna z tych trzech, leży właśnie na moim talerzu). Do dyspozycji miałem co chciałem: jabłka, tutejszą dumę - limonki, za oknem banany :).
Po kolacji z pobliskiego sklepu przyjaciela rodziny, przyniesiono specjalnie dla mnie jedno piwo i ćwiartkę jabłkowego bimbru (tutejszy specjał - "Himlach apple liquor" jakoś tak), którą spożyłem w cztery oczy przed snem z głową rodziny.

Czułem się nieco zakłopotany, bo to było po prostu za dużo jak dla mnie. Spanie, jedzenie, alkohol, a rodzina biedna jak sam nie wiem co. Próbowałem jakoś tłumaczyć, że wystarczy, że dziękuję, że nie trzeba... Na koniec otrzymałem skromną odpowiedź:

My jesteśmy biednymi i prostymi ludźmi, nie jesteśmy dobrze wykształceni, mamy proste serca ale to wielka duma i przyjemność dla nas gościć ciebie. Dzięki temu Bóg nam błogosławi... sir :)

Pozdrawiam wszystkich do odp :*

poniedziałek, 13 lipca 2009

Szalony autobus

Hej,
Jestem w Shimli, właśnie dojechałem i na dzień dobry zamiast napisu "Welcome to Shimla" zobaczyłem wizytówkę jakiegoś naganiacza z nazwą hotelu, która bardzo mnie poirytowała. Zajęło mi godzinę, zanim się od niego uwolniłem:/

Jutro a w zasadzie jeszcze dziś uciekam z tego miasta. Denerwuje mnie. W górach będzie lepiej.
Paliwo zakupione na zapas, jedzenie także, mam tylko jest problem z oponami i korbą (to, to gdzie są pedały). Dlaczego? Już mówię.

Wczoraj okazało się po drodze, że nie mogę dalej kontynuować trasy rowerem bo budują drogę i wysadzają plastikiem zbocza. To, co spada sypie się na samochody a mnie mogłoby ... no.
Więc trochę poirytowany, siadłem i przekalkulowałem koszt noclegu w jakiejś zapyziałej wiosce i autobusu itd. Postanowiłem, że zaplanowany na dziś, dzień przerwy spędzę w autobusie żeby nie marnować czasu.
O 4 rano wyruszam (tu nie ma świateł na ulicach, ciemno jak w dupie). Gdzieś w Himalajach wychodzę z pokoju hotelowego i co: KRATA, zamknięte a otwierają o 7 rano. Już myślę, że wybuchnę ale spoko, tutejsze kłódki mają tak skomplikowany zamek, jak ten od barku w komunistycznych meblach:) Poradziłem sobie jakimś wytrychem.
Jestem na ulicy, skręcam w prawo, sam nie wiem gdzie jest asfalt ale jest ok... Widzę autobus pukam w okienko, pytam czy jedzie do Shimli? Wszystko ok, mówię, że potrzebuje chwilę czasu na zapakowanie roweru na dach. Odpowiedź pada nad wyraz żywiołowa:

YES, YES!!! OK, OK, OK!!!

No to targam rower na dach i co???!!! Kierowca rusza! Uderzam głową w jakiś kabel :///??? Wciągam rower, prześlizguje się do przodu, walę ręką w dach, człowiek zatrzymuje autobus. Drę się a on znowu:

OK OK OK!!!

Wciągam sakwy, pojawia się jakiś pomocnik. Już mnie mdli ale po sekundzie okazuje się, że to tak jakby konduktor (zawsze jeżdżą we dwójkę: kierowca i człowiek od biletów, otwierania drzwi i gwizdania na przystankach) pomaga mi zamocować rower. Udaje się. Wstaję, chcę zejść z dachu a kierowca znowu rusza!?!?! :/// Krzyczę więc do tego konduktora, żeby na mnie poczekali parę minut bo gdzieś tam w ciemnicy zostały moje graty!!!! Odchodzę trzy kroki a koleś i tak odjeżdża. Rzucam wszystko i lecę z nożami, karabinami, szubienicami, krzesłami elektrycznymi w głowie, myślę-koniec z nim jak go złapię:///
Na to wszystko najzwyczajniej w świecie zatrzymuje mnie konduktor i mówi:

On pojechał tylko zawrócić, niech się pan nie denerwuje...

Nie dowierzając, tłumaczę mu, że "to" na dachu to, wszystko co mam itd. Konduktor potakuje i po jakiejś minucie widzę światła autobusu... uffff.
Włażę na dach, sprawdzam czy wszystko jest, konduktor coś poprawia ale ja już umęczony całym zajściem nie sprawdzam co robi... A niech tam!:)
Po przyjeździe do Shimli dopiero się okazało, że spryciarz wcisnął mi koła roweru miedzy jakaś kratę, która całkowicie obtarła boki opony. No cóż... teraz i tak nic nie wskóram. Najważniejsze, że rower jest cały a kasa się należy i już:/ Nie ma rozmowy. Więc ściągam mój rower a on znowu rusza... No nie!!! Zaraz zwariuję!!! Korba uderza o kratę tylnej szyby, krzywi się największa zębatka (tylko największa jest aluminiowa i miękka, pozostałe dwie bardziej potrzebne, są całe).

No nic, taki urok podróży autobusem z kierowcą, który nie wie, co wiezie na dachu i jest mu to kompletnie obojętne. Nie rozumie, że sprzęt nie jest niezniszczalny, a forsę trzeba zapłacić.

Idę gdzieś szukać jakiegoś warsztatu albo miejsca gdzie mogę pobawić sie rowerem i troche go podreperować. Z dala od tej hinduskiej miejskiej szarańczy:/ Czym prędzej uciekam w góry. Tym razem już te największe.

Jeśli ktoś czekał na odpowiedni momet by zacisnąć kciuki, to właśnie nadszedł.

TRZYMAJCIE!!!

Pierwsza przełęcz to 4200m n.p.m.
Pozdrawiam wszystkch papapapappa


Ps.
Jestem cały i zdrowy, dobrze się czuję i nic mi nie jest :) :*

sobota, 11 lipca 2009

O pewnej rozmowie bez słów

Wracam z Gangotri i obieram kurs na Shimle. Nie mogę się już doczekać aż tam dojadę:D
To, co mnie spotkało w ostatnich dniach to … nawet nie wiem jak to opisać. Ale uwaga...

Będąc w Gangotri, najświętszym miejscu dla Hindusów, miejscowości położonej niedaleko źródla Gangi, postanowiłem (skoro już tu jestem hmmm...czysty snobizm) wybrać się na trekking, by zakosztować wysokości. Miasto mnie trochę zmęczyło i zdenerwowało. Wszędzie tylko pełno kolesi krzyczących: Room sir! Room sir! No myślałem, że zwariuje, wiec zaraz następnego dnia uciekłem w góry.
Trekking okazał się świetnym rozwiązaniem. To było niesamowite doznanie wizualne a zwłaszcza DUCHOWE. Razem ze Szkotem i Włoszką, których poznałem po drodze do tak zwanego Gomuka (miejsca, czoła lodowca, z którego wypływa Ganga) po 18 godzinach dotarłem na tzw. Tapovan (miejsce bardziej święte niż samo źródło czyli Gomuk). Zrobiłem mały rekonesans, przyglądałem się niesamowitym 6-tysięcznym szczytom. No bajka... nie ma co mówić... Pod koniec dnia udało mi się osiągnąć pole firnowe (początek lodowca) pod Sziwlingiem około 4800m n.p.m.

Na noc postanowiłem zatrzymać się w jednej z chat pod szczytem. Nagle nie wiadomo skąd zawołał mnie ktoś gwizdem… tylko gwizdem. Wymachiwał rękami i nic się nie odzywał… Zrozumiałem, że zaprasza na czaj. Wszedłem do chaty i nagle olśniło mnie. Kiedyś czytałem o tym, to człowiek-niemowa, który wyrzekł się życia w cywilizowanym świecie, by w górach, w kompletnej ciszy (trzeba być głuchym, żeby nie słyszeć bicia własnego serca) samotnie medytować, nie mówiąc nic a nic… Ten około 25 letni człowiek nie mówi od 10 lat bo tak postanowił. Pewnie myślisz, że to szaleństwo, głupota, bo co mu to daje??? Też tak pomyślałem.
Ale siadłem razem z nim i piłem czaj. Czaj jak czaj (herbata z mlekiem) pycha ale sytuacja trochę, że tak powiem niezręczna, no bo co powiem, on macha rękami i gwiżdże…
Mija 15 min i czuję, że nic z tego spotkania nie wyjdzie. Chciałem wyjść a on na to przemówił do mnie językiem migowym, który trafił do mnie szybciej niż krystalicznie czysty polski… Zostałem.

Powiedział (machał i gwizdał), że widzi, że czuję się niezręcznie i pyta dlaczego? Odpowiadam po angielsku najlepiej jak potrafię a on nic… zaczynam gestykulować, on nic...
Hmmm pomyślałem, że się trochę już na mnie zdenerwował. W końcu odpuszczam. Kładę swoją prawą rękę na czole i kręcę głową ze smutna mina... Na co on podchodzi do mnie, przytula mnie i gestem rąk pokazuje na moje serce i na głowę … Jestem pozamiatany. Od razu poczułem się lepiej… Zaczęliśmy "rozmawiać". Sam nie wiem czy nudne to było czy senne, głupie czy mądre. Ja macham i on macha, on gwiżdże, ja hmmm kurna co ja tu robię???
W miedzy czasie pojawił się ktoś inny. Wchodzi kolo i krzyczy: huraaaaaaaaa!!! Tylko że w hindi, to brzmi abuuuuuuuuu... Ale nie do końca okazuje się być joginem. Znają się razem z moim niemową i zaczynają mi tłumaczyć co tu się dzieje. Powoli zaczynam rozumieć piate przez dziesiąte, że to miejsce to nie schronisko, ani żadna swiątynia. To, że się tu znalazłem to nie moja wolna tylko bóg mnie tu zesłał. Niemowa gwiżdżąc, wznósł ręce do góry, składając je jak do modlitwy i dotykając czoła wskazywał na mnie.
W końcu Hindus (ten drugi) przemówił do mnie po angielsku. Aż mnie zatkało. Zdecydował się coś powiedzieć bo zorientował się, że mało rozumiem z tego, co tu się dzieje. Wcześniej się wstydził. Ja tylko potaknąłem.
Jogin powiedział, że pojawiłem się tu, bo tak miało być, bo jedno z moich 10 ciał tego bardzo chciało (joga opisuje człowieka jako zlepek 10 ciał, skomplikowane ale polecam lekture).
To jedno ciało, to te nad którym nie mamy kontroli. To ono jest naszym prawdziwym JA
Opowiada dalej:

Przyszedłeś tu i jesteś tu bo to ciało nie może dojść do głosu, jest blokowane przez twoja głowę. Ty jesteś tu (wskazał na serce) ale to masz brudne (wskazał na głowę).

Kazał mi wyjść i zamknął drzwi. Koniec... miałem mętlik w głowie. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Zapadł zmrok, czułem się ok ale z drugiej strony chciałem się przespać, a do tego jeszcze byłem głodny, a jak głodny to i zły. CO TU SIĘ DZIEJE???!!!
Zakłopotany usiadłem na ziemi i zamknąłem oczy. Jedyna znana mi medytacja to tzw. zapuszczanie korzeni. Chciałem wyciszyć wojnę w swojej głowie i wsłuchałem się w trzaski lodowca, w wiatr, w szum wody, w głos serca. Głębiej i głębiej...

Z letargu obudził mnie niemowa a stojący za nim jogin zapytał mnie czy teraz czuje się człowiekiem?
Zamęt w głowie uspokoił się, zostało tylko skupienie porównywalne jedynie do doświadczenia wspinaczkowego.
Odpowiedziałem, że Tak kiwając głową…

Nie ma co opowiadać dalej. To, co wydarzyło się później można podsumować słowami:
Alleluja, Alleluja, Alleluja!!!

Jazda rowerem teraz to już nie to samo. Nie ma wysiłku, nie ma nerwów. Jestem jakiś taki bardziej szczęśliwy. Samo pedałowanie to jakby joga, a czas spędzony na rowerze to swoista medytacja. Czuję się lekki jak ptak. Jak po warsztatach u Olgi jestem gotów na Ladakh:D

Pozdrawiam wszystkich :*
Pewnie trochę zamotałem ale mam nadzieje, że mnie zrozumiesz.

wtorek, 30 czerwca 2009

Dehra Dun, ostatni postój przed Himalajami.

Hej,
dziś jadę już właściwą drogą, ceny spadają, zadowolenie rośnie :)
Wczoraj spałem w Aśramie, gdzieś niedaleko drogi do Dehra Dun. Zdenerwowany rozłożyłem ręce na rowerze przed kolesiem w jakiejś budce. Nie umiałem się z nim dogadać bo bardziej interesował go mój rower niż to, że szukam miejsca do spania:\
Po chwili podjechał pan na skuterze i zaoferował pomoc. Kazał jechać za sobą. Byłem już zmęczony a koleś zafundował mi rajd po zatłoczonym mieście :\.
Podjeżdżamy pod jakieś zamknięte, zielone wrota, on stuka trzy razy, wchodzi i karze mi czekać... Po 15 min mam wejść, kłaniam się nisko właścicielowi, który pyta skąd jestem, uśmiecha się i podaje mi wodę. W dosłownie 5 min (wypełnianie papierków) znów śpię za free:).
Pokoik schludny, czyściutki, super!!! Od razu odżyłem:).
Postanowiłem się przejść. Okazało się, że niedaleko jest targ z owocami :):):):D Za równowartość 4 polskich zł zjadłem 2 kg arbuza, 1 kg mango i popiłem sokiem z limonki.
No, to to ja rozumiem :).

Po kolacji postanowiłem usiąść i pomedytować trochę ... tak sobie siąść i pomyśleć o niczym (to fajna sprawa :):):) ) Po chwili dosiada się do mnie własciciel (????) nadzorca Aśramy. Pyta czy, to nie problem, żeby sobie ze mną pogadał? Odpowiadam, że nie i że będzie mi bardzo milo:) Rozmawiamy o tym, co robię w Polsce, jak mi się podobają Indie. Opowiadam mu o was o całej rodzinie, przyjaciołach. Jest pod wrażeniem!!! Pokazuję mu album i bardzo śmieszą go zdjęcia, jakie w nim zamieściłem ale mówi, że to dobrze ze mam przy sobie taki amulet i w 100% się z nim zgadzam.
Wy tam pewnie myślicie, że ja jestem tu sam. Nie zapominajcie, że mam was! Ile razy o mnie pomyślice, tyle razy mi pomogliście!!! POWAŻNIE, TO DZIAŁA :)
Zaproponował fajeczkę ( no wyjątkowa sytuacja, nie mogłem odmówić:) )

W nocy przy rozgwieżdżonym niebie siedząc na białej ławeczce paliliśmy indyjskie papieroski i popijaliśmy zimną woda:). To może nie brzmi ekscytująco, ale wierz mi, było naprawdę milo:) Na koniec powiedział, że jestem dobrym człowiekiem, że jeszcze takiego białego nie spotkał :] ( i jeszcze jak pokazałem mu zdjęcie moich nóg w Gangesie, uśmiechnął się szeroko)

Po nocnych pogaduchach razem z synem właściciela (????), przygotowałem rower na następny dzień. Bylo t dość zabawne, bo młody (nie wiem może miał 10 lat) na każdą spuszczoną na łańcuch kroplę smaru (tyle kropel ile ogniw w łańcuchu) mówił "aczia":D. Było tak: kap, aczia i znowu kap, aczia hahahahaha, to było zabawne:D

Dzis wstalem o 10 i od razu udałem się w stronę Dehra Dun, ostatniego dużego miasta przed Himalajami. Same Himalaje to potęga. Czasem przez chmury przebijają się szczyty oddalonych o 300km siedmiotysięczników i robią niesamowite wrażenie. McKinley w porównaniu z dzisiejszym widokiem przed burza to mróweczka :D. Wcale się nie dziwię, ze wierzy się, że na szczytach tych gór żyją Bogowie...
Widok zapiera dech są POTĘŻNE!!!!!!!!!!! Za 3 dni zrobię im zdjęcia z bliska :) Podniecony i omamiony, nie mogłem przestać na nie patrzyć, ale w momencie kiedy potrąciło mnie auto szybko wróciłem do teraźniejszosci:/
Mam jednego siniaka, spoko hahahah. Jakbyś zobaczyła minę tych w środku auta hahahah taka zgroza. Jakby potracili świętą krowę albo zbili hangar luster (w sensie 7 lat nieszczęścia - jedno lustro):D.
Jakiś pan pomógł mi pozbierać graty i powiedział, że mogę u niego chwile posiedzieć. Poczestował mnie bananem:) Czy to nie mile??? Poza tym rower i ja jesteśmy cali. Bezpieczni też:):):)

Obecnie jestem w Dehra Dun. Wynająłem sobie hotelik, zjadłem i wypiłem, pisze tego maila. Jestem zdrowiusi jak rybka i jest ok. Jutro kierunek Gangotrii jak daleko się da. Może być przerwa do 6 dni bo nie sądzę, że odpuszczę sobie górski treking :)

Pozdrawiam wszystkich trzymajcie się i do odp.

poniedziałek, 29 czerwca 2009

Aga: kilka słów wyjaśnienia

No więc Wojtek dowiedział się o całej akcji z moim samozwańczym blogowaniem, że mój spontaniczny pomysł publikowania jego tekstów stał się faktem i, że tak powiem już woda po kisielu, trochę się porządziłam. Jeszcze wczoraj miałam wyrzuty sumienia, ale sami przyznacie, że naprawdę szkoda żeby te teksty gdzieś się poniewierały.
A tu już dziś dostaję rozgrzeszającego maila od Wojtka z kolejną porcją wrażeń. Uwaga, nie cenzuruję, delikatnie tylko wkraczam w tekst, co by był bardziej czytelny, bo Wojcisko pisze tak, jak leci... Uwaga, oto co przeczytałam:

Hej,
nie mam ci za złe, nie skłamałem ani trochę:) Wczorajszy wieczór, to jak na razie najgorszy, jaki dotąd przeżyłem :/

Pojechałem z Rishikeshu w górę, jak sądziłem, w stronę Gangotri (moj pierwszy cel miasto u stóp Nanda Devi i zródła Gangesu). Jak się pózniej okazało, pomyliłem drogę ale było już zbyt późno by zawrócić :/
Dojechałem do jakiejś dahby (takie knajpy przy ulicy). Pytam o nocleg, mówią, że nie ma, ale za 50 rupii mogę spać na dachu. No to uderzam na dach ale coś jest nie tak... wieje za mocno??? Po chwili widzę błyski, uciekam z powrotem do dahby. Zaczyna się burza, myślałem, że porwie mi rower razem z całym dobytkiem:/ Mam przejebane, dosłownie jak ruski w czołgu. Kasy nie ma gdzie wymienić a cena noclegu z 50rs na dachu, wzrosła pod wiata o 450rs (normalnie tutaj to około 100rs za noc). W takiej sytuacji nikt nie będzie się z tobą targował o 200, miałem się cieszyć, że jest i tak tanio... No i właśnie może i byłoby tanio ale ja miałem przy sobie tylko 200rs i tu był haczyk :/
Wlazłem do przedsionka małego hoteliku w pobliżu, skuliłem się w rogu i czekam co będzie dalej. Tak czy inaczej wszystko byłoby lepsze niż nocleg pod chmurką w taką pogodę... Podchodzi do mnie jakiś koleś i przygląda mi się, drze się coś w hindi ... Po czym następny odpycha go i przemawia do mnie w niesamowicie zrozumiałym dla mnie angielskim :D:D:D.
Myślę - alllllllleeeeeellluuujjjaaaaa:D:D:D, połowa sukcesu to porozumienie!!! Daje mi parę cennych odpowiedzi na temat tego, co się dzieje wokół restauracyjki (kupa dziwnych ludzi).

Mówi: Co ty tu robisz o tej porze? Ci goście na motorach są kompletnie zalani, nigdy nie jeździj rowerem tak późno. Szkoda życia i twojego majątku, okradną cię ze wszystkiego!!!

Pokornie przytakuję i wykuwam sobie w pamięci te słowa.

Tu nie jest bezpiecznie pomyliłeś drogę, zboczyłeś z bezpiecznej trasy, musisz wykupić pokój.

Ok. Ale mam dalej tylko 200rs. Oferuje mi pomoc więc idę z nim do dobrze mi znanej dahby. Karze mi usiąść i czekać. Po chwili właściciel łączy stoły i mówi: Możesz spać tutaj, żaden problem. Pytam o koszt, a on macha ręką, życząc dobrej nocy...

Zamykam oczy i czuję owady na swoim ciele :/ Otwieram oczy... a tu co??? Mrówki!!! :/
Zaraz przypomina mi się opowieść mamy, o tym jak wlazła jej jedna do ucha. Tylko te są 10 razy większe. No bez przesady mają jakieś 6, może nawet 7 mm długości BLEEEEEE:/
No ale nic, zapalam jakieś śmierdzące kadzidło, które stoi na stole obok i łudzę się, że przestaną łazić ... O dziwo po jakimś czasie przestają!!! Jak się okazuje dahba przecieka ... Zasypiam.

Dziś budzi mnie kumpel, poznany zeszłej nocy, przynosi czaj (herbata z mlekiem i ???? nie wiem czym jeszcze, ale pycha), pyta jak noc? Na to ja mokry cały i w piasku, patrzę na niego z myślą- CO ZA PYTANIE ???:/ Jakby nie było widać...
Po mnie było widać trudy nocy, natomiast po nim... ani centunia ironii. Odpowiadam grzecznie, że było ok, że to ochłoda po tak gorących dniach ... Uśmiecha się i mówi, że jestem twardy.
Jemy razem śniadanie - tosty.

Około 9 rano tutejszego czasu przestało padać, siadłem na rower i już jestem na właściwej drodze. Jedzie mi się coraz lepiej, upał już tak nie doskwiera, drogi piękne w błocie:)
Może Ci się to wydawać dziwne ale właśnie w takich momentach czuję że żyję :)
Ręce trochę mi spuchły, na nogach mam odciski, stopy się trochę odparzyły, ale sraczki jeszcze nie miałem:D

Pozdrawiam papapapapa

niedziela, 28 czerwca 2009

najświeższy mail od wojtka do piotrka :)))

Każdy dzień tutaj to wielka przygoda... Mialem wczoraj kryzys. Nie wyobrażasz sobie, przejechałem 25km i prawie zemdlałem z wycieńczenia i upału. 70% kosztów dziennego utrzymania idzie na zimną wodę, nie mówiąc o tej, z której korzystam na stacjach w specjalnych punktach z wodą pitną:). Pochłaniam ją hektolitrami a siusiam może 2 razy dziennie przez 10sekund. Spiekota jest przeogromna, powietrze jest jak galaretka ,czasem wydaje mi się, że je jem albo gryzę, SZOK:)
Aktualnie jestem w Rishikeshu, kolejnym indyjskim świętym miejscu nad Gangesem u stóp Himalajów. Jak tu jest??? Tego nie da się opowiedzeć.
Podniosła atmosfera, wszędzie unoszą sią zapachy kadzideł i ludzie, ludzie, LUDZIE są przemili:) Czasem mam wrażenie, że nie istnieje tu zazdrość. Często pytają mnie o to, dlaczego jadę na rowerze? Po co się tak meczę? Po czym zapraszają mnie do domu lub w chłodne miejsce, gdzie można odpocząć. Robią mi zdjęcia ...
Wczoraj np. błądziłem po Rishikeshu w poszukiwaniu taniego noclegu i spotkałem rodzinkę, która zaprosiła mnie na noc do indyjskiego Aśramu (świątynia, miejsce medytacji coś w ten deseń) Kobieta dała jeść, pić i na koniec dotykając moich stóp (jedno z najwyższych pozdrowień hindusów) podziękowała za to, że mogla mnie gościć, a nie zapłaciłem ani centa.

Z innej beczki hahahhaah:

Wstaję rano a na moim rowerze siedzi małpa z małą małpą i wpierdziela jakiś owoc,

albo jadę rowerem a na środku zatłoczonej ulicy otaczają mnie ludzie i robią sobie ze mną zdjęcie,

albo moczę nogi w Gangesie a reszta Hindusów kłania mi się ( wszyscy biali brzydzą się tej rzeki mówią, że brudna. Tak mi to tłumaczyli gdy zapytałem dlaczego mi się kłaniają?),

albo zakup spodni u krawca, gdzie za przymiarkę, wybór materiału itp. na koniec płacę równowartość 3zl, daję 30 gr napiwku i jest BARDZO DOBRZE :)

Można by o takich sytuacjach opowiadać, opowiadać i opowiadać!!!!!!!!!
Tu każdy dzień jest inny, każdy obfituje w mnogość wrażeń, tych dobrych i tych średnich...
Wszędzie są naciągacze i trzeba się targować. Śmierdzi...i tak dalej i tak dalej. Ale jak powiedziałeś WSZYSTKO W ŻYCIU TO ATRAKCJA i tej myśli się trzymam:)

O tym, że każdy dzień to wyzwanie, to nawet nie będę pisał. Czasem jest mi ciężko, czasem płaczę sobie z zadowolenia, czasem uśmiecham się do siebie, uczę się codziennie nowych zachowań, codziennie pogłębiam swoja wiarę. Jest różnie, do tego stopnia, że od totalnego zdenerwowania przechodzę od razu w dziką radość:)
Mimo wszystko nie pomyliłem się. Przyjechałem i to jest właśnie takie miejsce, jakie sobie wyobrażałem i wymarzyłem. To jest po prostu to:)

Mój następny cel to Gangotrii, niedaleko źródla Gangesu oraz pięknej Nanda Devi (góry, mniej wiecej 6500m npm)

Pozdrawiam wszystkich trzymajcie kciuki papapapapappapap

ps.
Daj znać rodzicom, że u mnie wszystko ok :) Jestem zdrowy, silny, nie tylko ciałem ale duchem przede wszystkim trzymajcie się i do odp.