wtorek, 11 sierpnia 2009

Złap (brata) gołębia!!!

Hej!


Już od dawna chciałem napisać. Aż w końcu nadarzyła się okazja.

BO!!!!!!! Jednak czasem zdarzy się coś, co przewidzą moi rodzice. WYPADKI chodzą po ludziach:/. No nic, zacznijmy od początku :D.


Cała historia trochę mnie śmieszy, bo choć trochę się poobijałem, rozwaliłem kask i takie tam, to nigdy w życiu nie spodziewałbym się, że ten wypadek spowoduje gołąb :D.
Jazda tu to duży wysiłek, nie ma co gadać, że wysoko... to wiadomo ale skąd do jasnej cholery gołąb na 4000 m n p m ???


Jadę sobie pewnego razu, nie liczę dni, czasu, więc gdzieś 2 dni temu po długim podjeździe wreszcie upragniony zjazd :). Łyk wody... batonik... i jedziemy 30km /godz., 50km/godz.,

i nagle podnoszę głowę i widzę piłkę.... (w myślach ???????????? Warto było ale co tu robi ta piłka ?????????) Poważnie, nie wiedziałem jak zareagować. Zrobiłem unik i upadam...chwila... czarno przed oczami... Leżę na drodze, roweru nie ma pode mną:/. Wstaję, zaglądam w dół pobliskiej przepaści za moim bicyklem, nic nie widzę. Nagle odwracam się za siebie, rower stoi zahaczony o jakieś druty:/ (jak budują tu drogę wkładają kamienie do takich siatek, nic to nie daje ale jak sie przekonałem, dobrze łapie rowery :D).

Już uśmiechnięty mimo tego, że rower do remontu, dętki przebite, opony ... no w miarę, da sie jechać :). Ściągam kask i widzę krew... uuuuuuuuu, myślę - nie dobrze. Macam łepetynę - cała ??????????? Nawet nie draśnięta. Co jest??

A tu, tuż obok roweru, indyjski gołąbek wysokościowy ze złamanym skrzydłem:) Ale jaja!


Naprawiłem rower na tyle żeby dało sie gdzieś dojechać i zabrałem to biedactwo... Niedaleko Ki Gompy ( największa świątynia w Dolinie Spiti ) zatrzymałem się na coś do jedzenia i widząc młodego Lamę (buddyjski święty powiedzmy) mówię, że mam gołębia ze sobą, który spowodował wypadek ale będzie żył:)


(Buddyści bardzo szanują każdy przejaw życia, wierzą, że np. taki gołąb był w przeszłości ich bratem. To myślenie to konsekwencja wiary w reinkarnacje.)


Reakcja była piorunująca. Dostałem jeść i pić (rum, coca colę, pokoik, co prawda z moim poturbowanym gołębiem, który nieco pobrudził łóżeczko:) no ale zawsze to dach nad głową a nie namiot:) ) Ugościli mnie jak mogli, najlepiej a musisz wiedzieć, że tu ludzie nie maja za dużo. Wszystko grzecznie przyjąłem.


Następnego dnia zjadłem jajecznice, zapiłem czajem i ruszyłem dalej. Przed przełęczą Kunzum dopadają mnie jakieś haluny....ojjjjj ( to nie reakcja na wysokość, to już wiedziałem). Docieram do najbliższej wioski i padam w jakimś wynajętym pokoiku, zwijam się, po czym myślę, że se rzygnę to będzie mi lepiej i.... tak zeszło 5 godz. wraz z biegunka:/ Okazało się, że jajeczniczka była nieświeża i się razem z rumem na wysokości nie strawiła (tego wojciech nie doczytał ). Mało tego, dętki były w rozsypce, koła podobnie, wiec totalna kicha :/.


Czas na remont roweru, leczenie, planowany odpoczynek itp. poświeciłem na przejazd stopem ( ciężarówka - serce i nery na ramieniu bo dusza już zemdlała, zdecydowanie bezpieczniej czuje się na rowerze) do Manali (60km 10godz :\) po części do roweru: dętki itp.

I taka to historia wypadku, gołębia i mojej wizyty w... powiedzmy cywilizacji:).


Pozdrawiam Ciebie i wszystkich bez wyjątku. Czuję się już dobrze, gołębia zostawiłem u Lamy :). Wszystko gra :)
Jutro wracam do Gramphoo, gdzie zostawiłem graty. Pewnie jakimś stopem bo nic tam nie jedzie:)

Będzie dobrze!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz