Hej,
Jestem w Shimli, właśnie dojechałem i na dzień dobry zamiast napisu "Welcome to Shimla" zobaczyłem wizytówkę jakiegoś naganiacza z nazwą hotelu, która bardzo mnie poirytowała. Zajęło mi godzinę, zanim się od niego uwolniłem:/
Jutro a w zasadzie jeszcze dziś uciekam z tego miasta. Denerwuje mnie. W górach będzie lepiej.
Paliwo zakupione na zapas, jedzenie także, mam tylko jest problem z oponami i korbą (to, to gdzie są pedały). Dlaczego? Już mówię.
Wczoraj okazało się po drodze, że nie mogę dalej kontynuować trasy rowerem bo budują drogę i wysadzają plastikiem zbocza. To, co spada sypie się na samochody a mnie mogłoby ... no.
Więc trochę poirytowany, siadłem i przekalkulowałem koszt noclegu w jakiejś zapyziałej wiosce i autobusu itd. Postanowiłem, że zaplanowany na dziś, dzień przerwy spędzę w autobusie żeby nie marnować czasu.
O 4 rano wyruszam (tu nie ma świateł na ulicach, ciemno jak w dupie). Gdzieś w Himalajach wychodzę z pokoju hotelowego i co: KRATA, zamknięte a otwierają o 7 rano. Już myślę, że wybuchnę ale spoko, tutejsze kłódki mają tak skomplikowany zamek, jak ten od barku w komunistycznych meblach:) Poradziłem sobie jakimś wytrychem.
Jestem na ulicy, skręcam w prawo, sam nie wiem gdzie jest asfalt ale jest ok... Widzę autobus pukam w okienko, pytam czy jedzie do Shimli? Wszystko ok, mówię, że potrzebuje chwilę czasu na zapakowanie roweru na dach. Odpowiedź pada nad wyraz żywiołowa:
YES, YES!!! OK, OK, OK!!!
No to targam rower na dach i co???!!! Kierowca rusza! Uderzam głową w jakiś kabel :///??? Wciągam rower, prześlizguje się do przodu, walę ręką w dach, człowiek zatrzymuje autobus. Drę się a on znowu:
OK OK OK!!!
Wciągam sakwy, pojawia się jakiś pomocnik. Już mnie mdli ale po sekundzie okazuje się, że to tak jakby konduktor (zawsze jeżdżą we dwójkę: kierowca i człowiek od biletów, otwierania drzwi i gwizdania na przystankach) pomaga mi zamocować rower. Udaje się. Wstaję, chcę zejść z dachu a kierowca znowu rusza!?!?! :/// Krzyczę więc do tego konduktora, żeby na mnie poczekali parę minut bo gdzieś tam w ciemnicy zostały moje graty!!!! Odchodzę trzy kroki a koleś i tak odjeżdża. Rzucam wszystko i lecę z nożami, karabinami, szubienicami, krzesłami elektrycznymi w głowie, myślę-koniec z nim jak go złapię:///
Na to wszystko najzwyczajniej w świecie zatrzymuje mnie konduktor i mówi:
On pojechał tylko zawrócić, niech się pan nie denerwuje...
Nie dowierzając, tłumaczę mu, że "to" na dachu to, wszystko co mam itd. Konduktor potakuje i po jakiejś minucie widzę światła autobusu... uffff.
Włażę na dach, sprawdzam czy wszystko jest, konduktor coś poprawia ale ja już umęczony całym zajściem nie sprawdzam co robi... A niech tam!:)
Po przyjeździe do Shimli dopiero się okazało, że spryciarz wcisnął mi koła roweru miedzy jakaś kratę, która całkowicie obtarła boki opony. No cóż... teraz i tak nic nie wskóram. Najważniejsze, że rower jest cały a kasa się należy i już:/ Nie ma rozmowy. Więc ściągam mój rower a on znowu rusza... No nie!!! Zaraz zwariuję!!! Korba uderza o kratę tylnej szyby, krzywi się największa zębatka (tylko największa jest aluminiowa i miękka, pozostałe dwie bardziej potrzebne, są całe).
No nic, taki urok podróży autobusem z kierowcą, który nie wie, co wiezie na dachu i jest mu to kompletnie obojętne. Nie rozumie, że sprzęt nie jest niezniszczalny, a forsę trzeba zapłacić.
Idę gdzieś szukać jakiegoś warsztatu albo miejsca gdzie mogę pobawić sie rowerem i troche go podreperować. Z dala od tej hinduskiej miejskiej szarańczy:/ Czym prędzej uciekam w góry. Tym razem już te największe.
Jeśli ktoś czekał na odpowiedni momet by zacisnąć kciuki, to właśnie nadszedł.
TRZYMAJCIE!!!
Pierwsza przełęcz to 4200m n.p.m.
Pozdrawiam wszystkch papapapappa
Ps.
Jestem cały i zdrowy, dobrze się czuję i nic mi nie jest :) :*
Jestem w Shimli, właśnie dojechałem i na dzień dobry zamiast napisu "Welcome to Shimla" zobaczyłem wizytówkę jakiegoś naganiacza z nazwą hotelu, która bardzo mnie poirytowała. Zajęło mi godzinę, zanim się od niego uwolniłem:/
Jutro a w zasadzie jeszcze dziś uciekam z tego miasta. Denerwuje mnie. W górach będzie lepiej.
Paliwo zakupione na zapas, jedzenie także, mam tylko jest problem z oponami i korbą (to, to gdzie są pedały). Dlaczego? Już mówię.
Wczoraj okazało się po drodze, że nie mogę dalej kontynuować trasy rowerem bo budują drogę i wysadzają plastikiem zbocza. To, co spada sypie się na samochody a mnie mogłoby ... no.
Więc trochę poirytowany, siadłem i przekalkulowałem koszt noclegu w jakiejś zapyziałej wiosce i autobusu itd. Postanowiłem, że zaplanowany na dziś, dzień przerwy spędzę w autobusie żeby nie marnować czasu.
O 4 rano wyruszam (tu nie ma świateł na ulicach, ciemno jak w dupie). Gdzieś w Himalajach wychodzę z pokoju hotelowego i co: KRATA, zamknięte a otwierają o 7 rano. Już myślę, że wybuchnę ale spoko, tutejsze kłódki mają tak skomplikowany zamek, jak ten od barku w komunistycznych meblach:) Poradziłem sobie jakimś wytrychem.
Jestem na ulicy, skręcam w prawo, sam nie wiem gdzie jest asfalt ale jest ok... Widzę autobus pukam w okienko, pytam czy jedzie do Shimli? Wszystko ok, mówię, że potrzebuje chwilę czasu na zapakowanie roweru na dach. Odpowiedź pada nad wyraz żywiołowa:
YES, YES!!! OK, OK, OK!!!
No to targam rower na dach i co???!!! Kierowca rusza! Uderzam głową w jakiś kabel :///??? Wciągam rower, prześlizguje się do przodu, walę ręką w dach, człowiek zatrzymuje autobus. Drę się a on znowu:
OK OK OK!!!
Wciągam sakwy, pojawia się jakiś pomocnik. Już mnie mdli ale po sekundzie okazuje się, że to tak jakby konduktor (zawsze jeżdżą we dwójkę: kierowca i człowiek od biletów, otwierania drzwi i gwizdania na przystankach) pomaga mi zamocować rower. Udaje się. Wstaję, chcę zejść z dachu a kierowca znowu rusza!?!?! :/// Krzyczę więc do tego konduktora, żeby na mnie poczekali parę minut bo gdzieś tam w ciemnicy zostały moje graty!!!! Odchodzę trzy kroki a koleś i tak odjeżdża. Rzucam wszystko i lecę z nożami, karabinami, szubienicami, krzesłami elektrycznymi w głowie, myślę-koniec z nim jak go złapię:///
Na to wszystko najzwyczajniej w świecie zatrzymuje mnie konduktor i mówi:
On pojechał tylko zawrócić, niech się pan nie denerwuje...
Nie dowierzając, tłumaczę mu, że "to" na dachu to, wszystko co mam itd. Konduktor potakuje i po jakiejś minucie widzę światła autobusu... uffff.
Włażę na dach, sprawdzam czy wszystko jest, konduktor coś poprawia ale ja już umęczony całym zajściem nie sprawdzam co robi... A niech tam!:)
Po przyjeździe do Shimli dopiero się okazało, że spryciarz wcisnął mi koła roweru miedzy jakaś kratę, która całkowicie obtarła boki opony. No cóż... teraz i tak nic nie wskóram. Najważniejsze, że rower jest cały a kasa się należy i już:/ Nie ma rozmowy. Więc ściągam mój rower a on znowu rusza... No nie!!! Zaraz zwariuję!!! Korba uderza o kratę tylnej szyby, krzywi się największa zębatka (tylko największa jest aluminiowa i miękka, pozostałe dwie bardziej potrzebne, są całe).
No nic, taki urok podróży autobusem z kierowcą, który nie wie, co wiezie na dachu i jest mu to kompletnie obojętne. Nie rozumie, że sprzęt nie jest niezniszczalny, a forsę trzeba zapłacić.
Idę gdzieś szukać jakiegoś warsztatu albo miejsca gdzie mogę pobawić sie rowerem i troche go podreperować. Z dala od tej hinduskiej miejskiej szarańczy:/ Czym prędzej uciekam w góry. Tym razem już te największe.
Jeśli ktoś czekał na odpowiedni momet by zacisnąć kciuki, to właśnie nadszedł.
TRZYMAJCIE!!!
Pierwsza przełęcz to 4200m n.p.m.
Pozdrawiam wszystkch papapapappa
Ps.
Jestem cały i zdrowy, dobrze się czuję i nic mi nie jest :) :*
moooooocnooo trzymam!!!
OdpowiedzUsuńNo można powiedzieć, że Wojtek "wyłamał się" z hotelu /w odróżnieniu do "włamał" się do hotelu :D/...
OdpowiedzUsuńDobrze wiesz, że od samego początku trzymam kciuki :) I już wiem, że sobie poradzisz, bez względu na to, co się będzie działo :)
P.S. Z niecierpliwością czekam na każdą kolejną relację!
Kacha
no właśnie w Indiach wszystko chyba jest na odwrót...sciskam
OdpowiedzUsuńhhhahhaa!ale jazda!to sie czyta jak bajke!
OdpowiedzUsuń