Po długiej rozmowie mówię mu, że mam problem z bagażem, oferuje mi swoją pomoc, jak się później okazało nieocenioną. W gąszczu Indyjskiej demokracji może i dałbym radę ale z nim poszło to zdecydowanie szybciej. Odzyskałem wszystko to co niezbędne!!! Reszta podróżnych pewnie długo jeszcze czekała na swój dobytek:) Po całej przygodzie z bagażem udajemy się na stołówkę i tu znajomości Bena też dają o sobie znać. Jemy w barze dla obsługi lotniska tanio i smacznie:). Wypijamy pepsi i Ben gdzieś znika... Nie czekałem na niego i postanowiłem pojechać do miasta znaleźć jakiś tani hotelik.
Startujemy - pierwsza cena: 20$ (masakra oczywiście wszyscy - to moi przyjaciele itp.) Odrzucam tą "kuszącą ofertę" i idę na postój tzw. prepaid taxi, płacę z góry i jadę tam gdzie chcę, pilnuje tego policja, SUPER:). W dodatku niedrogo (40min w taxi z rowerem, torbą, plecakiem: 250 rupii około 16zł). Wsiadam, wita mnie rozśpiewany tubylec, którego skomplikowanego imienia nie pamiętam, ściskamy sobie prawice i jazda. Na dzień dobry składamy lusterka bo niby po co nam ??? Pchamy się jak się da, byle szybciej, bo gorąco (ogólnie na drodze brak jakichkolwiek reguł a przejazd to lepsza frajda niż wypasiony rolo koster). W między czasie pada pytanie czy jestem pierwszy raz w Indiach? Odpowiadam, że nie...
niedziela, 28 czerwca 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz